Kto chodził do przedszkola przy Rubczaka?

Tak się jakoś złożyło, być może przy okazji tekstu o możliwości nabycia pięknej willi przy ulicy Rubczaka, że wspomnienia z czasów przedszkolnych ożyły w mojej pamięci. Okazuje się, że nie tylko u mnie. Pojawiło się w sieci miejsce, gdzie można zobaczyć zdjęcia z czasów funkcjonowania przedszkola przy ulicy Rubczaka. Ostrzegam, może to być bardzo czasochłonne zajęcie.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on pocket
Pocket
Share on email
Email

Kilka dni temu pojawiła się grupa na Facebooku, na której można pobawić się jak dziecko, próbując odnaleźć siebie sprzed lat na wyblakłych fotografiach w sepii. Nie oparłem się tej pokusie i ja. Przyszło mi to łatwo, tym bardziej że bardzo dobrze wspominam to miejsce, mimo przebywania w nim zaledwie rok. Wspominam i zapraszam do tego, by wspominać szczęśliwe lata beztroski, dla mnie bardzo udane, o czym będzie się mógł przekonać wytrwały czytelnik długiego tekstu.

Wszystko zaczęło się od parku, to było dla czterolatka miejsce magiczne, dalej położone od żłobka, właściwie bardziej przerażało niż fascynowało, na samym początku przynajmniej. Tych kilka fotografii sprawiło, że wspomnienia popłynęły dość szerokim strumieniem.

Droga do przedszkola przy Rubczaka prowadziła przez park

Wspomnienie pierwsze to park, te chwile z parkiem w pamięci są bardzo miłe. Polubiłem to miejsce w ciągu tych kilkunastu miesięcy bardzo, park świetnie nadawał się na to, by uciec matce lub ojcu w drodze do przedszkola. Uciekałem w proteście i ze strachu przed uczuciem porzucenia, jakie ogarniało mnie w chwili, gdy zamykały się za odprowadzającym mnie rodzicem drzwi. Nie pamiętam szczegółów tych ucieczek, wszystko przecież było nowe, a myśli zaprzątały sposoby wyrwania się spod opieki, nie kontemplacja przyrody. 

Wiosną już byłem oswojony całkowicie, z tamtego okresu na całe życie został mi w głowie obraz ogromnie dużego białego psa, doga czy dalmatyńczyka, którego wyprowadzał ktoś w porze, gdy szedłem przez park. Pies też był fascynujący i groźny, na pewno wyższy ode mnie i na pewno nie miałem ochoty się zbliżać, jego wyjątkową piękność podziwiać chciałem z daleka.

Nie pamiętam wnętrz, nie pamiętam właściwie ludzi, patrzenie na zdjęcia mówi mi tylko tyle, że znam sporo z tych twarzy, choć pozostają bezimienne. Przed laty dokumentacja fotograficzna wciąż jeszcze nie była aż tak powszechna, widać wyraźnie to także i w brakach w rodzinnym archiwum. Z przedszkola przy Rubczaka posiadam zdjęcia bodajże dwa, oba wywołane w stylu charakterystycznej sepii, która wówczas uchodziła za najpopularniejszy filtr w instragramowych albumach naszych mam i babć. Podobne zdjęcie można zobaczyć w zbiorach Leśnickiego Archiwum Społecznego

Obie fotografie miałem przez lata, teraz oczywiście schowały się gdzieś głęboko, wiedząc zapewne o moich poszukiwaniach. Obie fotografie pamiętam jednak dokładnie, bo przez lata były łącznikiem z czasem, który udało mi się spędzić w świetnym miejscu ze świetnymi ludźmi.

Dwa zdjęcia z przedszkola przy Rubczaka

Pierwsza z moich fotografii z przedszkola przy Rubczaka jest banalna, zrobiona z okazji odwiedzin św. Mikołaja, który wówczas nie był już dziadkiem Mrozem, jeszcze też nie zamienił się ani w myrneńskiego biskupa z pastorałem ani w chodzącą reklamę coca coli. Siedzę na kolanach Mikołaja i zupełnie mi to nie pasuje, co widać w moich oczach. Cierpię w imię wyższej sprawy, bo na szali jest przecież prezent dla mnie, ale nie lubię tego w ogóle. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym głębiej, ale do dziś dnia nie mogę znieść brody i bardzo niechętnie ustawiam się do pozowanych zdjęć. Być może to efekt tamtego grudniowego wieczoru w roku 1984, którym dziś tak chętnie się posługujemy na określenie naszego życia, nie dostrzegając zupełnie, że rzeczywistość jest jednak zapożyczona z „Nowego wspaniałego świata”. Swoją drogą dziś granego, o ironio, na Netflixie zastępującym nam życie kulturalne, rodziny, przyjaciół i cały świat.

Nie mam pewności co do pierwszego zdjęcia, ale przy drugim jestem pewien na sto procent. Przez lata, chyba niemal do samej matury, miałem to zdjęcie na honorowym miejscu, właściwie jedyne własne widoczne w moim pokoju. To zdjęcie, zrobione nie tak długo po tym świątecznym, przyciągało mój wzrok przez lata. Dziś wiem, że zainteresowanie fotografią czy, szerzej, sztukami wizualnymi, zaczęło się właśnie wtedy, gdy zdjęcie to dostałem po raz pierwszy do ręki. 

Nie pamiętam, kto i dlaczego je robił, pamiętam jedynie fakt, że kołnierzyk koszuli ocierał mi szyję, na dodatek wszystko trwało długo, nie mogliśmy się ruszać, ustawiani w bardzo specyficznej, wręcz rewolucyjnej dla nas i naszych rodziców, pozie. Otóż zdjęcie jest zrobione moim plecom i tyłowi głowy, jestem ustawiony w taki sposób, że pozuję na czeszącego włosy przed lustrem, w którym można zobaczyć moją twarz, patrzącą z przejęciem właściwie nie na siebie, ale na fotografa. Stojący obok złotego lustra brązowy zegar, moje bordowe ubranie i jasne włosy – wszystko to pasuje kolorystycznie i jednocześnie zmuszało do pytania – ale jak to? Czemu stoję tyłem do zdjęcia???
Nie pamiętam absolutnie, kto miał taki pomysł i kto robił te zdjęcia, być może ktoś z czytających (jeśli udało się dotrzeć do tego miejsca) będzie w stanie coś więcej powiedzieć. Dla mnie to istotne o tyle, że fotografia przestała mi się kojarzyć z nudnym obowiązkiem, stania lub siedzenia bez ruchu u fotografa przy dzisiejszej Esencji a wtedy Alibabie już chyba, pozowania na maskach samochodów mojego ojca (scena jak z filmu “Sami swoi”, przewijająca się przy każdym zakupie, od Warszawy przez Syrenkę aż do dużego Fiata kombi), przed klatkami zwierząt w ZOO lub przykościelnej grocie. Fotografia dość dziś przecież właściwie banalna, wówczas też używana przez wielu fotografów, zwłaszcza tych pracujących z aktorami, intrygowała całą rodzinę, nie wszystkich pozytywnie w stosunku do osoby fotografa nastrajała. Ja jednak od początku ją uwielbiałem, czułem do niej nie sentyment, ale raczej coś w rodzaju wdzięczności. Być może bez tego zdjęcia nie zobaczyłbym nigdy Witkacego multiplikującego się dzięki ustawieniu luster na lustrze, nie rozumiałbym głębiej walki Bruce’a Lee w “Wejściu smoka”, nie zacząłbym oglądać innych dzieł, wówczas głównie albumów malarskich. Bez tego zdjęcia nie zrozumiałbym tego, że sztuka to taki stwór, który przedstawia nam życie w sposób wykrzywiony, upiększony, zdeformowany, przerysowany lub po prostu przesłodzony. Sztuka, o której myślimy dłużej niż 3 minuty od obejrzenia filmu, przedstawienia, wysłuchania wiersza czy piosenki to coś, co pozwala nam istnieć jakoś pełniej, jak sądzę,
I tak oto, przez karkołomny pomysł nieznanego mi kompletnie i nieobecnego w zakamarkach pamięci fotografa (jestem pewien, że to był mężczyzna, ale mogę się mylić), złamałem sobie życie, postanawiając dla pieniędzy czytać wiersze dzieciom w szkołach. Bolała mnie wtedy szyja, bo głowę trzeba było nieco wygiąć, podobnie jak rękę trzymającą grzebień, nie można było zasłaniać twarzy, zegar miał chyba coś symbolizować lub po prostu robił za tło, ustawianie po kolei dzieci w wieku czterech i pięciu lat w takiej pozie trwało wieki, ale jeśli facet trzymający aparat miał zamiar kogoś zaszczepić miłością do fotografowania czy sztuki w ogóle, w przypadku nieco wówczas zbyt pulchnego przemądrzałego gadatliwego blondynka zrealizował swój zamiar na pewno.

Tajemniczy ogród przedszkola przy ulicy Rubczaka

Oczywiście, pamiętam z Rubczaka też ten świetny ogród, w którym tak wiele podróży kosmicznych odbyłem, po kilku latach wydawał mi się dokładnie tym, co opisał Brzechwa w “Akademii Pana Kleksa” i dzięki nim latam do dziś w snach, po prostu się rozbiegając jak Adaś Niezgódka. Pamiętam też czerwony autobus, składający się jedynie z kilku metalowych rurek i naszej wyobraźni. Pamiętam jeden dzień, w którym żołnierze przywieźli piasek do piaskownicy, długo dorośli debatowali o tym, co zrobić z całym Starem piachu, mokrego jeszcze z rzeki, żółtością świeżości po prostu nas porażał, nie wiedzieliśmy, dlaczego nie chcą nam go po prostu dać. I tak się w końcu stało, wyrzucona wywrotka piachu usypała taką górę, że zakryła piaskownicę na kilka dni, zanim udało nam się ją odkopać.
Pamiętam też oburzenie mojego ojca, kiedy zorientował się, że oszukuję go strasznie. Prosiłem zawsze rano o cukierki, on zawsze mi je dawał, bo jednak męska solidarność z synem nie pozwalała mu myśleć o zębach czy otyłości jak mamie. W końcu jednak odkrył, że te cukierki służyły mi do tego, by płacić za usługę wiązania butów jednej przemiłej koleżance. Ojciec był wściekły z powodu mojego lenistwa, które nie pozwalało mi nauczyć się wiązania butów i jednocześnie jednak widziałem, że śmieją mu się oczy, bo jest zadowolony z tego, że syn umie kombinować w życiu. Wtedy w praktyce dowiedziałem się, na czym polega życie – zdobywasz środki do tego, by zawrócić dziewczynom w głowie. Dowiedziałem się też, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach i kobietach, bo dżentelmeni je po prostu mają.

Przedszkole w Leśnicy przy ulicy Rubczaka nauczyło mnie naprawdę sporo, żałowałem bardzo, że musiałem je zmienić na nowoczesne, świeżo oddane pracującym w zakładzie mojej matki, dokąd przeniesiono mnie po wakacjach w 1985 roku. 

Tyle wspomnień z powodu kilku starych zdjęć, które można zobaczyć na Facebooku. Ot, magia fotografii właśnie. Jeśli ktoś ma ochotę na przywołanie własnych, niech zajrzy do tej grupy. Uprzedzam jednak, że te odwiedziny mogą zabrać nieco czasu z dzisiejszego dnia, gdy pojawiają się wspomnienia, czas zdaje się biec w drugą stronę.
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on pocket
Pocket
Share on email
Email

Ostatnie publikacje